Uncharted 2: Among Thieves – wrażenia, recenzja gry (PlayStation 3)

Uncharted 2W świecie gier kwestia kontynuacji wygląda zupełnie inaczej, niż na przykład w świecie książek. Drugim tom cyklu książkowego prawie zawsze jest słabszy od pierwszego. Druga gra w danej serii, sequel, kontynuacja – prawie zawsze jest lepsza od “jedynki”. Po recenzjach pierwszej twórca wie, co zostało odebrane dobrze, a co słabo, zatem wie także na czym się skupić. W ten sposób wielu uważa, że najlepszym epizodem serii Mass Effect był epizod drugi, praktycznie każdy przedkłada przygody Ezio nad przygodami Altaira, i tak dalej, i tak dalej.

Jednak nawet znając tę prawdę o cyklach gier to, co zobaczyłem w Uncharted 2: Among Thieves zaskoczyło mnie kompletnie, zwaliło z nóg, i po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy było mi autentycznie żal, kiedy zabawa się skończyła. Jeszcze kilka godzin by jej nie zaszkodziło – i mówię to ja, który nie spędzam masakrycznie długich godzin na masterowaniu tytułów; nie, gram, oglądam napisy i sięgam po kolejny tytuł. Tu jednak muszę sięgnąć od razu po epizod trzeci, bo po drugim mi zwyczajnie mało.

Uncharted 2 01

Naughty Dog znowu udowadnia, że można zrobić grę, która da zarobić, a która nie będzie tytułem byle jakim. Twórcy pokazują, że kreacja gier wideo potrafi być sztuką; wyśmiewają prosto w twarz konkurencję, oddając nam grę, w którą po prostu nie można nie zagrać, dla której nawet dziś warto sięgnąć po powoli odchodzącą w przeszłość konsolę PlayStation 3. Uncharted 2: Among Thieves oferuje wszystkie te same wspaniałe elementy, które zawierała część pierwsza, plus o wiele, wiele więcej. To genialnie przedstawiona historia, która już nie dorównuje najlepszym klasykom przygodowym kina – gra je przewyższa. Bohaterowie i ich przygoda, mimo że dość typowa, nie pozwalają się oderwać od telewizora. Jest to zasługą przede wszystkim scenariusza, który choć kopiuje klasyczne wątki – robi to w sposób mocno przemyślany, przedstawiając bohaterów naturalnie, jako ludzi z krwi i kości i oddając nam postaci w parze z genialnymi dialogami, jakie między sobą prowadzą.

Uncharted 2 02

Początkowo historia rozgrywa się dwutorowo. Jest to świetny zabieg, powodujący u gracza chęć poznania co Nathana Drake’a doprowadziło do tak nieprzyjemnego stanu, w jakim go zastajemy. Dzięki retrospekcjom przeżywamy po kolei wydarzenia, tym razem rozgrywające się w okolicach wyspy Borneo, a następnie w Tybecie. Nate oczywiście nie jest sam, często towarzyszy mu Sully, plus nowa „koleżanka”, tak zwany „tegoroczny model(*)”. :)) Wraz z nimi Drake wikła się w historię, która – zupełnie jak poprzednio – wpierw ma zaprowadzić bohaterów do forsy, jednak z czasem okazuje się, że wątków będzie więcej.

Uncharted 2 03

Rozgrywka wciąż jest połączeniem elementów platformowych, gry akcji nastawionej głównie na strzelanie oraz zagadek logicznych. Tych ostatnich jest niewiele, i znowu w działaniu pomaga nam dziennik Nate’a. Tym razem jednak możemy sobie go nieco swobodniej przeglądać i dzięki temu poznawać, jak Drake dokumentuje wydarzenia; niby pierdółka, a daje fajny klimat. Platformówka pozostała dość oczywistym fragmentem zabawy, nacisk znowu został położony głównie na akcję. Tu sporo zmian. Doszły nowe rodzaje broni i nowi przeciwnicy; często opancerzeni i dzierżący broń wyjętą prosto z amerykańskiego filmu (minigun!). Nieco inaczej pomyślano nad miotaniem granatami, co teraz jest nieco bardziej oczywiste i wygodne do stosowania pod ostrzałem – nie trzeba już zmieniać broni, granat rzucimy niezależnie od tej trzymanej aktualnie. A mieć można znowu jedynie dwie – warto zatem pomyśleć co nosić, niektóre momenty w grze bez strzelby, snajperki lub kuszy są okropnie nieprzyjemne, frustrująco trudne. Wrogowie bowiem ponownie nacierają w ogromnej przewadze liczbowej, nie wspominając nawet o kwestiach takich jak śmigłowce, a nawet… czołg. Nie, żeby gra była realnie trudna, ale bez podejścia opartego na dynamice ekran często będzie się robił czarno-biały, a Nathan będzie umierał.

Uncharted 2 04

Tym, co zwala z nóg jednak nie jest po prostu rozbudowana względem pierwszej części gry rozgrywka. Nie – z nóg zwala kilka scen, które także dziś robią ogromne wrażenie, a już nawet nie będę sobie próbował wyobrażać jak musiały kopać graczy w roku 2009, gdy gra miała premierę. Należy do nich przede wszystkim moment, gdy bohaterowie znajdują się w budynku, który lada chwila runie. Wszystko dookoła jest aktywne, elementy umeblowania i wystroju, także filary i fragmenty ścian – wszystko chwieje się w posadach, budynek za chwilę stanie się gruzowiskiem – a w tym wszystkim gracz, który nie obserwuje bohatera, tylko wciąż kieruje jego poczynaniami. Nie żaden tam quick time event, tylko normalna akcja! No, krótko mówiąc: wow. Szok. To trzeba zobaczyć, trzeba wziąć w tym udział. Podobnie jest w kolejnej, gdzie Nathan pomaga rannemu się poruszać w strefie wojny, w miejscu, gdzie nie ma sensu nawet się bronić, po prostu trzeba uciekać, żołnierze wroga to bowiem nie kończąca się armia. Scena ta tym razem nie robi wrażenia wizualnie lub systemowo, ale bazuje na emocjach – a te są wspaniałe. Przebudowano względem pierwszego epizodu serii także elementy pościgów – tym razem nie ograniczamy się do strzelania z pędzącego wozu, musimy także między pojazdami przeskakiwać, warto też wspomnieć o scenie w pociągu – te momenty gry budują jakość tytułu, i tak mocno wpływają na odbiór całości, że – w przeciwieństwie do poprzednika – tu ujrzenie elementów mistycznych, nadprzyrodzonych prawie wcale mnie nie ubodło. Uncharted 2: Among Thieves to rzecz tak bliska doskonałości, że nie mam serca narzekać na dodatki z cyklu „hokus-pokus”, można je przeżyć i o nich zapomnieć. Za to o niektórych scenach podczas zabawy zapomnieć nie ma szans.

Uncharted 2 05

Gra rzecz jasna robi wrażenie także w kwestii grafiki i dźwięku. Jest o wiele ładniejsza od części pierwszej, z kolei to, co słyszymy w głośnikach to przede wszystkim dialogi, o których już mówiłem. To one budują genialny klimat, i jeśli poprzednio mieliśmy do czynienia z dialogami w stylu starego, dobrego Indiany Jones’a, to teraz ich jakość to kolejny poziom, są tak dobre, jakby pisał je sam mistrz Tarantino. Dawno się tak nie uśmiałem, nie wspominając już o tym, jak polubiłem Drake’a i jego towarzyszy. No, ale to jest właśnie klasa Naughty Dog. Jak sami twórcy wspominali ostatnio przy okazji trzydziestolecia istnienia firmy: nawet jeśli scena jest ok, to za mało. Musi być lepiej, zawsze musi być lepiej, aż wreszcie ktoś przekona innych, że tak jest weszcie “bardziej niż ok”. Dzięki temu klasyczna historia przygodowa (i równie klasyczna historia z cyklu tych damsko-męskich) wchodzi na zupełnie nowy poziom, wydobywajac z niby standardowego scenariusza tak wiele.

Gra w Uncharted 2: Among Thieves była tak wielką przyjemnością, i tak zostawiła inne tytuły w tyle, że nie wiem za bardzo z czym ją porównać. Chyba tylko Red Dead Redemption mnie trzymało w takim napięciu przed telewizorem. No i nowy Tomb Raider, ale teraz jeszcze bardziej jestem przekonany, że akurat nowe przygody Lary totalnie zostały oparte na grach Naughty Dog. I super, bo świetne rzeczy wypada kopiować.

Uncharted 2 06

Among Thieves Idealnie trafiła w mój gust, i nie dałem rady sobie jej szanować, nie dałem rady grać niespiesznie. Początek w sobotę – koniec w niedzielę, inaczej się po prostu nie dało. Z reguły po ukończeniu gry płytki sprzedaję, nie zbieram wersji pudełkowych, nie gram więcej, niż raz (no, gram, ale rzadko). Jednak w przypadku tej serii jakoś nawet nie jestem w stanie myśleć o sprzedaży. Nie, nie ma szans. Coś mi mówi, że to będzie głupie zagranie. Niech leżą na półce, przecież jeść nie wołają, a te emocje warto będzie przeżyć kiedyś kolejny raz. No i ktoś, kto ode mnie dostanie kiedyś PlayStation 3 będzie miał na start to, co na tej konsoli jest najlepsze. :-)

(*) – zagraj, to docenisz ten seksistowki żart, który wcale nie okaże się seksistowskim

Social Widgets powered by AB-WebLog.com.