Yakuza 4 – wrażenia z gry, recenzja (PS3)

yakuza0Bardzo się ucieszyłem, że w ramach PlayStation Plus otrzymałem grę Yakuza 4 – od jakiegoś czasu bowiem chodziła za mną ta seria. Jestem wielkim fanem Sleeping Dogs, które pokazało, że na Dalekim Wschodzie także potrafią robić niezłe gry w otwartym świecie. Szybko jednak się przekonałem, że przy Yakuzie Sleeping Dogs to gra totalnie zachodnia, i dopiero Sega wie, jak zrobić tytuł osadzony totalnie na wschodzie, w miejscu, którego zwyczaje i kultura dla nas mogą być absolutnie niezrozumiałe.

Po pierwsze warto rozprawić się z pierwszym mitem, jakim jest otwarty świat. Owszem, bohaterowie poruszają się dość swobodnie po jednej z dzielnic Tokio, ale jest to obszar niewielki, a na tle zachodnich sandboksów wręcz żenująco mały. To sprawia, że szybko zaczynamy poznawać otoczenie, i kolejne misje, często polegające na samodzielnym odnalezieniu miejsca akcji, przychodzą nam coraz łatwiej. Ale z drugiej strony gubi się otwartość, w sensie wolności. Owszem, w Kamurocho jest co robić, można się zabawić, jednak klaustrofobia wywołana niewielkim obszarem gry nie opuściła mnie aż do końca.

O wiele lepiej można przedstawić grę, mówiąc o niej jako o “bijatyce chodzonej”. Wiecie, jak na konsolach w latach osiemdziesiątych. Brutalna prawda o Yakuzie jest taka, że przez ogromną większość gry, ale poważnie: ogromną, znacznie ponad pół, przewijamy dialogi. I to śmiesznie zrealizowane dialogi, bowiem część jest prowadzona w formie filmowej – i te są super. Postaci rozmawiają ze sobą po japońsku (a czasem nawet chińsku) a gracz swobodnie czyta napisy w języku angielskim. Jednak mało która rozmowa dobiega końca, nagle gra przechodzi na prezentację już nie filmu, ale samej rozgrywki, gdzie bohaterowie kontynuują dialog w formie napisów, a postaci tylko ruszają ustami. Dziwne, nietypowe rozwiązanie, jak sprzed wielu lat. A żeby było śmieszniej, często nagle rozmowa zaczyna dotyczyć ważnego tematu – i hop! – znowu mamy film.

Yakuza1

W grze mamy czwórkę bohaterów, i każdy z nich jest naprawdę interesującą postacią. To się scenarzystom wybitnie udało. Nie przełączamy się między nimi, nie, to nie GTA5, ale obserwujemy kolejno ich historie. Opowieść przedstawiona jest na bardzo wysokim poziomie, choć przecież nie serwuje niczego nowego; dość klasyczną historię o władzy, zemście i miłości. A jednak dzięki aktorom, dopracowaniu detali oraz naprawdę świetnie przygotowanej mimice, mamy tu opowieść, którą ogląda się po prostu doskonale.

Dobrym rozwiązaniem jest także dbałość o walkę. Każdy bohater ma swój własny, odrębny styl, każdym gra się nieco inaczej, co ma duże znaczenie. Chyba nawet można zauważyć, że kolejni bossowie są dopasowani tak, by idealnie móc wykorzystać możliwości danego bohatera. Cóż, przynajmniej podczas gry, bo finał to nieco inna kwestia, ale o tym później. Sama walka to klasyczne nawalanie przycisków. Kreujemy kombosy, wykorzystujemy ciosy specjalne – nie można narzekać. Jak na bijatykę chodzoną przystało wiele elementów otoczenia można podnieść i użyć w walce, nie tylko kije bejsbolowe czy miecze, ale i broń palną czy jakieś donice czy paliki. Mój faworyt: cios skuterem. A tych w Tokio stoi mnóstwo, tuż obok rowerów. Którymi także można uderzać.

Yakuza2

Japonia to dziwny kraj, który charakteryzuje się taką odmiennością, że choćby dlatego oderwanie się od gry jest trudne. Nawet, jeśli po pewnym czasie widać, że o ile sama historia jest bardzo dobra, to jednak przygotowane dla nas rozrywki po drodze są w najlepszym wypadku… niezrozumiałe. Bo jak inaczej nazwać kreowanie hostess? Jest kobieta, należy ją ubrać i zadbać o umiejętności przydatne przy pracy hostessy. No masakra jakaś, przebieranie kobiet w nowe stroje? Z wyraźnie zaznaczoną rolą poddańczą kobiety względem mężczyzn? Kurde, to nie dla mnie, może jestem feministą. I takich motywów jest tu co nie miara, rzeczy, które wyglądają bardzo naturalnie – bo i są naturalne, w tamtym kraju. Ale dla gracza z zachodu są dziwne, często jedynym sposobem na ich nazwanie, jaki przychodził mi do głowy jest dewiacja. Wiecie, kradzieże używanej bielizny i tak dalej. Kurde, nawet obejrzenie japońskiego kibla podczas korzystania powoduje niezrozumienie… A obejrzymy tu i takie sceny.

Jak już wspomniałem, Kamurocho nie jest specjalnie dużym miejscem. Przez to wszędzie udajemy się piechotą, ewentualnie z wykorzystaniem taksówki, przenoszęcej bohatera o kilka przecznic. Akcja gry wymaga od gracza poznania nie tylko samej dzielnicy, ale także tego, co znajduje się pod ziemią oraz wyżej, na dachach. Problemem jest ciasnota, która powoduje, że bohaterowie często potrafią się zablokować na różnych elementach wystroju. A mamy tu pościgi – sami uciekamy, lub nas gonią, i wówczas chciałoby się szerszych przejść i korytarzy.

Yakuza3

Yakuza 4 to tytuł w takim samym stopniu rewelacyjny, jak i oferujący poziom nawet poniżej przeciętnej. Historia, aktorstwo, bohaterowie – to są doskonałe elementy zabawy, a gra jest jak film. Problemem jest to, co dzieje się między filmami. Po poznaniu dwóch pierwszych bohaterów, przy przejściu do trzeciego, miałem coraz mniej chęci na zwiedzanie Kamurocho, na wykonywanie zadań specjalnych – bo zawsze i tak ostatecznie kończyły się bijatyką. Natomiast strasznie chciałem dowiedzieć się o co w ogóle chodzi, co tak naprawdę stało się w 1985 roku, czego efekty widać dopiero po dwudziestu pięciu latach. Przykre jest, że na sam koniec zabawy twórca zamiast zapewnić nam dobre wrażenie, stara się je zepsuć. Ale ostatnie walki z bossami są… nawet nie trudne w sensie wymagające, co po prostu potwornie irytujące. Miałem wrażenie, jakby ulepszanie umiejętności postaci było nieistotne, tak doskonali są nasi przeciwnicy. W ostatnich godzinach walk jest aż pięć, przy czym zaczyna się od masakry, gdzie jeden bohater staje naprzeciwko aż czterech wrogów. Frustracja jest ogromna, pad fruwa po mieszkaniu, pozostali lokatorzy uciekają z krzykiem… Cóż, napisy końcowe ogląda się raczej z ulgą, że już po wszystkim, niż z satysfakcją z dobrze spędzonych trzydziestu-paru godzin. Trochę szkoda. Cóż, może trzeba być większym fanem Japonii i tamtejszej kultury, by móc w pełni docenić dzieło Segi?

Social Widgets powered by AB-WebLog.com.