Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Najbardziej niedoceniona gra 2016? Oto Homefront: the Revolution

homefront_revolution_00Jakie to szczęście, że słucham growych podcastów! Nigdy w życiu bym się nie dowiedział, że nowy Homefront: Revolution jest być może tytułem w sam raz dla mnie, gdyby nie rozmówcy spotykający się w KrokietKaście, Fantasmagierii czy moim ulubionym Grysławie. Jednak gdy któryś z kolei uczestnik kolejnego spotkania powiedział, że H:R to w zasadzie taki Far Cry, gra trafiła na moją listę zakupów. A teraz, dzień po ujrzeniu napisów końcowych wiem, że był to bardzo dobry zakup, którego ani trochę nie żałuję.

Korea atakuje!

Nie znam wydarzeń z pierwszego Homefronta. Tu w każdym razie obserwujemy dalszy ciąg konfliktu między Stanami Zjednoczonymi i Koreą Północną, która aktualnie okupuje kraj Jankesów. Jest zatem Revolution grą o partyzantach, o prawdziwym ruchu oporu. Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości, bohaterem jest Ethan Brady, a celem jest nawet nie zwycięstwo z najeźdźcą, co urządzenie zbrojnego powstania w mieście Filadelfia.

homefront_revolution_01

I powiem od razu, że owa Filadelfia zrobiła na mnie ogromne, bardzo pozytywne wrażenie. Jest tu kilka dzielnic, z tym, że niektóre są totalnie pod władzą Koreańskiej Armii Ludowej, ale w innych trwają walki. Kontrast między nimi jest zjawiskiem bardzo przyjemnym, tu wojna, gaz, pełno gruzów i ruin, tam – ład, wojska paradujące po mieście robiące z cywilami dosłownie co tylko mają ochotę. Wrażenie uczestniczenia w wojnie jako przegrany jest bardzo rzeczywiste, a dużą zaletą jest tu zachowanie mieszkańców, dopracowane modele reakcji na przeróżne sytuacje. Twórcy postarali się, żeby zachowanie postaci było logiczne i H:R jest jedną z tych gier, w których zarówno tłum, jak i pojedyncze, losowe napotkane postaci, naprawdę mają znaczenie.

Far Cry: Revolution

I jest dokładnie tak, jak mówiono: drugi Homefront jest faktycznie mocno oparty na starych, dobrych zasadach Ubisoftu, stosowanych w różnych tytułach, w tym serii Far Cry. Mamy otwarty świat, z tym, że nie jedno duże miasto, ale kilka osobnych dzielnic, za to raczej sporych. Całość każdego z obszarów jest jakby zarządzana przez przeróżnego rodzaju… cóż, złośliwie można by rzec, że wieże. Większość z nich można kolejno podbijać, przejmować dla ruchu oporu, niektóre są zależne od fabuły. Dla mnie osobiście te fragmenty są esencją zabawy, bowiem zupełnie jak w serii Far Cry właśnie często przejęcie obiektu nie jest jedynie kwestią wybicia załogi, ale też swego rodzaju zagadką logiczną. Gdzieś trzeba coś przełączyć, coś uruchomić, odblokować – często należy obiekt dokładnie obejść ze wszystkich stron, nim zrozumiemy jak w zasadzie się do niego dostać.

Przejęcie obszaru skutkuje zmniejszeniem aktywności Koreańczyków i pojawieniem się większych grup wojowników z ruchu oporu. Ale prócz tego wzrasta także wskaźnik procentowy poparcia dla buntu, i gdy ten osiągnie 100% dzielnica zostaje przejęta, te zrujnowane stają się o wiele bezpieczniejszym miejscem, a w zamieszkanych wybuchają bunty, ludność przejmuje władzę i mamy do czynienia z naprawdę nieźle zarysowaną rewolucją.

homefront_revolution_02

Sama gra to klasyczna strzelanka z widokiem z pierwszej osoby. Gra na konsoli pozwala na wspomaganie celowania, co na padzie jest bardzo przydatne. Nie jest to oczywiście totalny automat, ale właśnie wspomaganie, bardzo przydatne w wojennym zamieszaniu. Nasz bohater (notabene nawet nazwiskiem przypomina bohaterów Far Cry, tam był Brody, tu Brady) potrafi na raz nosić trzy rodzaje broni oraz całkiem sporo dodatkowych gadżetów. Gra nie jest kompletnie skupiona na akcji, całkiem sporą część rozgrywki można przejść po cichu. Jest snajperka, jest kusza – rewelacyjna broń, parę karabinów, strzelba, pistolet… No a gadżety to nie tylko granaty, ale także urządzenia hakujące i interesujące pomoce, np. możliwość przyklejania urządzenia i zdalnej aktywacji lub zdalnie sterowane pojazdy, którymi można wjechać w trudno dostępne miejsca. Pod względem zabawek jest nieźle, choć nie jest ich bardzo wiele, to każdy gracz bez problemu stworzy zestaw pod siebie.

Grafika!

Zawsze podkreślam, że to najmniej istotny element zabawy. Wciąż beznadziejnie brzydkie State of Decay wspominam lepiej niż niejeden tytuł o wiele ładniejszy. Jednak w Homefront: Revolution nie da się nie zachwycać grafiką. Silnik CryEngine pozwolił na osiągnięcie poziomu, który ostatnio widziałem w Ryse: Son of Rome, bodajże na tym samym silniku. Postaci są wspaniałe, a otoczenie i fajerwerki potrafią zachwycić. Niemal czuć brud i zepsute powietrze, tak sugestywnie przedstawiona jest Filadelfia, a przyjemność daje nawet obserwacja zachowań przeciwników, poszukujących w panice wroga. Grafika to kawałek świetnej roboty.

homefront_revolution_03

Na muzykę też nie można narzekać, choć do arcydzieł zdecydowanie nie należy. Ale robi swoją robotę, to najważniejsze. Znacznie lepiej jednak ocenić można grę aktorów – rewelacja! Tych kilkoro postaci, którym towarzyszymy podczas rewolucji po jakimś czasie staje się autentycznie bliskimi towarzyszami, a to wszystko nie tylko za sprawą fabuły, ale przede wszystkim wysokiego poziomu aktorów odtwarzających i role.

Bawmy się

Homefront: Revolution oferuje naprawdę więcej, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Samo przemierzanie dzielnic to kawałek świetnej gry. Mamy do dyspozycji motocykle, może nie steruje się nimi tak dobrze, jak pojazdami w Far Cry 4 (nie da się prowadzić i walczyć jednocześnie), ale faktycznie skracają czas przemieszczania się. W ogóle eksploracja jest dużym plusem tytułu, a ponieważ wskaźnik 100% poparcia dla rewolucji trzeba zapełniać, warto szukać odpowiednich do tego narzędzi. Na przykład odnaleźć radia ruchu oporu i je uruchomić, niszczyć megafony Koreańczyków szerzące propagandę… Miasto jest dobrze zaprojektowane, w dodatku jakby wielopoziomowo. Trochę jak w Dying Light, trzeba tu poskakać, wspinać się – oczywiście nie aż do tego stopnia, w żadnym wypadku, ale warto zapamiętać zasadę, że wyżej zawsze warto wejść, poszukać odpowiedniej drogi i dostać się – na pewno czeka na gracza coś godnego uwagi.

Nie jest tak, że gra nie ma wad, ale faktycznie jest tytułem udanym, gdzie niedoróbki i błędy nie psują całości wrażeń. Teraz, po patchach gra się jeszcze lepiej, i z winy gry życie straciłem może ze dwa razy. Na ponad 30 godzin zabawy uważam, że to wynik do przyjęcia. Z całą pewnością będę śledził losy tej serii, i wszystkim fanom otwartych światów i emocji znanych z trzeciej i czwartej części serii Far Cry tytuł serdecznie polecam, zdecydowanie warto, tym bardziej, że gra potaniała w błyskawicznym czasie. Niech rewolucja trwa!

Social Widgets powered by AB-WebLog.com.