Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Final Fantasy X / X-2 HD Remaster, czyli o grze dobrej, i grze dobrej mniej

Tak naprawdę w miarę dobrze kojarzę serię Final Fantasy z lat 90. ubiegłego wieku (a nawet tysiąclecia). A już doskonale znam trzy tytuły cyklu, od części VII, jedynej, którą naprawdę ukończyłem, poprzez VIII, przy której spędziłem największą ilość godzin, do IX, której klimat podobał mi się najbardziej, ale która jest tytułem bardzo wymagającym, trudnym. Potem nadeszły czasy konsoli PlayStation 2, a dla mnie nadeszły czasy odstawienia hobby zwanego graniem, czasy ciemne i nieprzyjemne.

Na szczęście teraz żyjemy w dobie wiecznych remasterów. O ile po zakupie nowej konsoli taka sytuacja drażni, bo chcemy nowości, tak z czasem zwyczaj ten można docenić. Na przykład w momencie, gdy na PlayStation 3, a także na PlayStation 4 i Vitę wychodzi poprawiona, ładniejsza wersja dziesiątej części cyklu Final Fantasy, w dodatku od razu z kontynuacją.  Ponieważ na Vicie zamierzam rozegrać czwartą odsłonę serii Persona, w przypadku X / X-2 zdecydowałem się na wersję dla najnowszej konsoli Sony.

Powrót do przeszłości

Po uruchomieniu Final Fantasy X można się poczuć jak w domu. Design świata, bohaterowie, przedstawiona historia – to wszystko jest tak typowe dla japońskiego cyklu, że uczucie nostalgii jest obecne natychmiast. Opowiadanie o czym jest historia w przypadku tej serii jest z góry skazane na niepowodzenie, więcej sensu miałby komiks czy wręcz powieść przedstawiająca zawiłości scenariusza. Ograniczę się do lakonicznego stwierdzenia, że bohaterem jest młody mężczyzna, sportowiec imieniem Tidus, który trafia do innego niż znany sobie świat, w którym poznaje Yunę – dziewczynę która potrafi przywoływać tzw. aeony, czyli znane nam od lat summony.

Historia osnuta jest wokół wyprawy bohaterów (jest ich oczywiście więcej) w celu zlikwidowania zagrożenia, jakim jest Sin. Nazwa nie jest przypadkowa, bowiem fabuła faktycznie opowiada w dużym stopniu o religii, w kontekście manipulacji, jaką religia zawsze się okazuje. Nim do ostatecznej konfrontacji dojdzie oczywiście czeka nas niejeden twist, dzieje się tu dużo, i jak to w japońskich RPG bywa: trudno nazwać opowieść porywającą, ale w żadnym wypadku nie jest też nudna.

Walka jak przed laty, ale zupełnie nowy system

Po krótkiej przygodzie z Final Fantasy XIII i ukończeniu Final Fantasy XV powrót do turowej walki jest przeżyciem niezwykle przyjemnym. To jak szachy, gdzie gracz ma nieograniczony niczym czas na podejmowanie decyzji, nie trzeba się spieszyć, można swobodnie pomyśleć. Gra jest zbudowana w taki sposób, że jednocześnie na polu bitwy mogą być trzy postaci, ale w każdej chwili można je wymieniać.

Można, a nawet trzeba, bowiem Japończycy przygotowali umiejętności w taki sposób, że na każdego przeciwnika jest dobry sposób, zatem w zależności od oponentów dobieramy drużynę. Ponadto aby postać otrzymała doświadczenie musi wziąć udział w walce. Udział czynny, coś wykonywać, coś robić, nie tylko być członkiem.

W kwestii doświadczenia – seria jest znana z różnych podejść do systemu. W siódemce były niezapomniane materie, w ósemce trudne w pierwszej chwili do zrozumienia przypisywania zaklęć pod statystyki, dziewiątka za to oferowała klasyczne piękno klas postaci. FFX znowu oferuje coś nowego – wyobraźcie sobie, że punktów doświadczenia NIE MA W OGÓLE! Jedyne, co otrzymujemy po walce (prócz przedmiotów i okazjonalnych dodatków) to punkty umiejętności. One zbierane zamieniają się w inny rodzaj punktów, przy pomocy których poruszamy się po czymś, co zostało nazwane Sphere Grid. Jest to ładnie wyglądające drzewo umiejętności, na którym każda z postaci zaczyna w innym miejscu. Otrzymane punkty powodują możliwość ruchu po drzewku, a po ruchu można wykupywać umiejętności. Nie tylko aktywne, w stylu czarów, ataków czy innego rodzaju skilli, ale też statystyki, wzrost poszczególnych wartości, także ilości HP i MP.

Zastosowany system bardzo mi odpowiadał, a to z jednego, konkretnego powodu. Otóż japońskie gry RPG znane są z często mozolnego grindu. Tu jednak grind nie jest aż tak bolesny, bowiem pojedyncze punkty pozwalające na wędrówkę po drzewku otrzymujemy tak często, że prawie po każdej bitwie można komuś coś nowego przypisać. Także monotonne bieganie za losowymi starciami staje się przyjemniejsze, bo zamiast czasochłonnego zbierania doświadczenia niemal od razu widać pewne zmiany w możliwościach bohaterów.

Ciekawie także rozwiązano system ekwipunku. Zamiast tradycyjnego zbierania forsy na zakup nowych, lepszych rodzajów broni i akcesoriów, tu warto zbierać wszystkie rodzaje uzbrojenia. Nowe narzędzia zadawania śmierci nie oferują ulepszonych statystyk, tylko inne bonusy, ponadto broń można swobodnie zmieniać podczas walki i dostosować ją na bieżąco do aktualnego przeciwnika. To powoduje zupełnie nowe możliwości i nadaje starciom jeszcze więcej taktycznego charakteru. Jest to bardzo ważna cecha gry, która jest totalnie zbudowana na walce (jak to FF), nie ma innego sposobu rozwoju postaci jak przez bitwy, więc fakt, że są dopracowane i pełne interesujących możliwości to prawdopodobnie największa zaleta gry.

Ale nie może być tak, że wszystko jest super

Owszem, może, Final Fantasy X to jeden z lepszych przedstawicieli serii, ścisła czołówka. Niestety jednak nie można tego powiedzieć o kontynuacji, zatytułowanej krótko FFX-2. W pierwszych chwilach zabawy gracz może odnieść wrażenie zupełnego zmarnowania potencjału postaci i spłycenia dopiero co poznanej historii. Oto stateczna, pełna wątpliwości Yuna, po dramatycznych przeżyciach zamienia się w przebojową… piosenkarkę? Z mikrofonem, na scenie? Ech…

O kontynuacji nie da się pisać długo, jeśli traktować ją jak… kontynuację właśnie. Powiem tak: gdyby to był jRPG o innym tytule i z innymi imionami bohaterek, gra by wiele zyskała. Po prostu kontrast jest zbyt wielki, w fabule przede wszystkim. Bo że inny system (o wiele bardziej dynamiczny) i prawie otwarty świat, to ja się cieszę i doceniam. Ba, nawet można dodawać do drużyny nowe stworki, wcześniej łapane i trenowane. System zmian stroju jako klasy w trakcie walki trochę mi przypomina to, co potem zrobiono w FFXIII, i nie mam do niego większych obiekcji. Jednak mówimy o Yunie, której zupełnie nowa twarz (w sensie: zachowanie i mentalność) z jednej strony jest wytłumaczalna prostą psychologia, ale z drugiej strony tak bardzo mi nie pasowała do dziewczyny, z którą przebywałem tyle godzin w poprzedniej części gry.

To nie jest zła gra, nic z tych rzeczy. To właśnie klasyczne podejście japońskich scenarzystów: musimy mocno zmrużyć oczy i trochę zapomnieć o wydarzeniach z FFX, by nagle stwierdzić, że to całkiem przyjemna gra, która swoje potrafi zaoferować. Ja jednak nie potrafiłem się wczuć i zachwycić tak, jak w opowieści z Tidusem w roli głównej, więc fakt, że jest tytułem o wiele krótszym (przynajmniej fabularnie, bo biegać kolejne godziny zawsze można) był dla mnie atutem.

Szkoda, że scenarzyści tak poprowadzili fabułę dziesiątki, że jest logicznym sięgnięcie po kontynuację. W innym przypadku poleciłbym tylko pierwszą część opowieści o Yunie, ale to trochę trudne, zakończenie dziesiątki bowiem jest nastawione na ciąg dalszy. I jestem przekonany, że nawet robiąc sobie dłuższą przerwę między X i X-2 i tak różnica będzie zbyt widoczna, nie da się jej uniknąć. Sam jednak FFX-2 traktować będę jako bardziej ciekawostkę, trochę mi trudno brać przedstawioną tu historię na poważnie. Zagrać, zaliczyć, zapomnieć.

Niemniej jednak cieszę się, że do serii mogłem wrócić bez kupowania starej konsoli lub używania emulatora. Tak, wiem, jest jeszcze wersja PC, ale na tę chwilę to nie dla mnie rozwiązanie. Od tego grania nabrałem chęci na ponowne zmierzenie się z FFIX. Może teraz, po latach starczy mi zapału i cierpliwości, by wreszcie ukończyć przygody Zidane’a i Dagger?

Social Widgets powered by AB-WebLog.com.