Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Czym jest gameplay, czyli brednie wyssane z palców przez klawiaturę laptopa wywołane przez “grę”(?) o nazwie Oxenfree

Niby jest oczywistym, że gry są po prostu inną gałęzią tej samej (pop)kultury, w której zawieramy książki, filmy, seriale, komiksy etc. Jednym z elementów, który z gier robi osobny podzbiór powinna być interaktywność udziału w przygodzie, czyli autor, reżyser bądź scenarzysta kreuje świat, ale to od gracza zależy podejmowanie w tymże świecie działań. To my – gracze – jesteśmy tym przysłowiowym pikselem, większym kwadratem strzelającym mniejszymi kwadratami w inne kwadraty.

Dlaczego więc coraz popularniejsze robi się tworzenie gier, w których tak naprawdę nie ma jako takiego gameplayu? Bo wybieranie odpowiedniej odpowiedzi z listy dialogów przygotowanej z góry gameplayem nie nazwę, to przecież znacznie bardziej przypomina kolorową książkę “paragrafową” niż rozgrywkę wideo. Skąd popularność tak zwanych (nieładnie, wg mnie) “symulatorów chodzenia”?

Gra zawsze zdawała się być produktem, w którym aby cokolwiek osiągnąć, należy wykonać akcję. Ale nie akcję polegającą na kliknięciu myszką na otoczeniu (czytaj: chłopek idzie ku stodole), ale bardziej akcję w stylu “używam przedmiot A na przedmiocie B bo wydaje mi się, że tak należy”. Pomyślałem i jeśli pomyślałem dobrze, zostałem nagrodzony rozwiązaniem zagadki, tym samym pchnięciem wydarzeń do przodu, a im zagadka była zrobiona lepiej, tym większą czuję satysfakcję i chęć rozwiązywania kolejnych.

Specjalnie piszę o przygodówkach typu point’n’click, bo zawsze uważałem, że (uwaga, kontrowersja i click bait) z grami mają najmniej wspólnego (koniec kontrowersji). Wszak w strzelankach czy symulatorach wiadomo, że jak się nie potrafi grać, to nie będzie następnej planszy. :)

Kończąc przygodę nazwaną Oxenfree kusi mnie jeszcze jedno stwierdzenie: otóż popularność symulatorów chodzenia jest wprost proporcjonalna do popularności oglądania “letsplejów” czyli oglądania jak ktoś inny gra w grę. Widać ludziom to wystarcza, i kto wie, czy sprytny adwokat nie przekuł by tego faktu na mocny oręż, twierdząc, że właśnie dzięki temu zostało udowodnione, że gry SĄ  istotną częścią popkultury? Książki, filmy, seriale i komiksy też niejako “oglądamy” bez większego uczestnictwa…

Okej, okej, dość już bredni wyssanych z palców przez klawiaturę laptopa. Teraz o samym Oxenfree.

Miałem chęć na tę przygodę już od dłuższego czasu, i wystarczyły do tego same screeny – lubię taki widok, gram od tak dawna, że doskonale pamiętam złote czasy gier 2D. Ale Oxenfree nie jest platformówką, metroidvanią ani strzelanką “z widokiem z boku”, na co pierwotnie liczyłem. Jest symulatorem chodzenia.

W tych nieco przyblakłych kolorach i nawet bardziej niż nieco koślawych postaciach ukryto kolejną grę w stylu Everybody’s Gone to the Rapture czy Zaginięcie Ethana Cartera, tylko sposób graficznego przedstawienia się różni. Poznajemy dziewczynę o imieniu Alex, jej przyrodniego brata – Jonasa oraz kilkoro znajomych. Paczka wybrała się na plażę, na wyspę Edwarda, i z tejże Alex z bratem wchodzą do jaskini, a tam zaczynają się dziać rzeczy dziwne.

I tak zostajemy wciągnięci w historię nie tylko Alex i jej “nowego” brata, ale i zmarłego “poprzedniego” braciszka. Rozwiedzionych rodziców, zawiedzionych marzeń i nadziei, konfrontacji z trudnym życiem, a także tajemnicami samej wyspy, przy brzegach której przed laty zatonął okręt podwodny.

A teraz po polsku: chodzimy Alex po wyspie, odwiedzając kolejne plansze 2D i… no właśnie, i nic. Gra jest tak oczywista, że naprawdę nie oferuje żadnego GAMEPLAYU, bowiem nie znajdziemy tu żadnych elementów zręcznościowych, a czynności, które przyjdzie nam wykonać nawet mocno mrużąc oczy nie zdają się przypominać zagadek logicznych. Jest jedna droga do celu, i jest bezczelnie narysowana prosto przed oczami gracza. A jeśli gracz właśnie kończy flaszkę i niespecjalnie kuma czaczę, któraś z zawsze towarzyszących Alex postaci niemal oficjalnie i konkretnie powie co należy robić.

Produkcja jako gra nie zadowoliła mnie w ogóle. Ale opowieść tu przedstawiona była niezła, no, może nie sam scenariusz, ale jakość wykonania. Przez większą część tych kilku godzin, które poświęciłem na zaliczenie Oxenfree stale toczyły się dialogi między postaciami, i były to dialogi zagrane na najwyższym poziomie. Dosłownie tak dobre jak wymiany zdań z Firewatch czy odegranie postaci z NieR. I siłą produkcji jest właśnie ten element, nawet nie to, co mówią bohaterowie, ale JAK mówią.

Zaprezentowana tu historia jak najbardziej może się podobać, choć uważam, że dało się to zrobić jeszcze lepiej. Nie potrafię tego wytłumaczyć bez spoilerów, ograniczę się do enigmatycznego: zaproponowana przez twórców kontynuacja historii dostępna po ukończeniu zabawy nie jest tym, na co liczyłem, posiada jedynie tego elementy. Ale nie szkodzi, sam proces odwiedzania kolejnych lokacji na wyspie jest bardzo ok; nazwałbym to takim “horrorem dla dzieci”, albo ładniej: “grozą dla tych, którzy nie lubią się bać”. Sposób przedstawienia akcji bowiem skutecznie niszczy jakiekolwiek elementy mogące wywołać strach, a jednak historia tu opowiedziana jak najbardziej przynależy do gatunku opowieści z dreszczykiem.

Zdaję sobie sprawę, że z powyższego tekstu nie wynika absolutnie nic, poza może nakreśleniem sytuacji gry, jako symulatora chodzenia (doprawdy, okropna nazwa). Ale ja sam nie wiem, jak inaczej o Oxenfree opowiedzieć, jak przekazać, że w sumie czasu spędzonego z tytułem nie uważam, za zmarnowany, ale gdybym miał oceniać w skali od 1 do 10 dałbym około 6. Scenariusz – podobał mi się. Wykonanie techniczne? Grafika odpowiada mojemu gustowi, dźwięk (czytaj: dialogi) na najwyższym poziomie. Ale to chodzenie było nudne, i tak bardzo chciałem wreszcie ZAGRAĆ, coś uczynić, niż tylko wybierać odpowiednie opcje dialogu! Na to jednak się nie doczekałem.

Z drugiej jednak strony nie oszukujmy się: scenariusz nie jest na tyle odkrywczy, bym odczuwał tą samą chęć parcia dalej, gdyby to była książka lub komiks. Więc może jednak jest GRĄ produkcja, w której de facto GRANIE nie istnieje?

Istnieje takie określenie jak visual novel, zarezerwowane dla specyficznego rodzaju gier (przede wszystkim z Japonii) gdzie ogromna większość spędzanego czasu przypada na czytanie tekstów i wybieranie linii dialogowych. Do Oxenfree ten podzbiór gier nie pasuje (pasowałby, gdyby nie to nudne chodzenie w te i wewte), przydałby się inny, a póki nie potrafię go odnaleźć, muszę określić tytuł jako “przygodówkę point’n’click dla dzieci oferującą historię, której dzieci nie zrozumieją”.

I dlatego te 6, a nie więcej.

Social Widgets powered by AB-WebLog.com.