Yakuza Kiwami, czyli druga szansa by poznać niezwykłą serię gier

To nie jest moje pierwsze spotkanie z serią Yakuza. Grałem już w czwórkę i wydaje mi się, że nawet doceniłem. Mimo to niespecjalnie interesowałem się innymi epizodami cyklu, aż do teraz. Dzięki remake’owi pierwszej części, teraz zatytułowanemu Yakuza Kiwami, stałem się fanem i chcę więcej.

To dopiero początek przygody Kazuma Kiryu, i o wiele lepiej się gra oglądając wydarzenia w układzie chronologicznym. W czwórce Kiryu był zaledwie jednym z czworga bohaterów – tu jest sam i daje się nam dobrze poznać. Początek gry to połowa lat 90., obserwujemy dlaczego Kazuma trafił do więzienia, o co chodzi, poznajemy kolejne ważne postaci z jego mafijnej rodziny, wychodzi z więzienia w 2005 roku – gramy.

Systemowo tytuł wciąż jest brawlerem, czy też jak lubię to nazywać: bijatyką chodzoną. Całość rozgrywki oparta jest o uliczne walki z przeważającymi siłami wroga. System trochę dziś trąci myszką, nie jest tak idealnie dopasowany jak na przykład systemy z Batmanów, Shadow of Mordor czy chociażby Mad Maksa, ale mimo to budzi respekt. Całość jest może odrobinę drewniana, ale cała gra odrobinę z drewna jest. Zaufanie do naszej postaci na środku ekranu musi być odrobinę ograniczone, tu po prostu nie da się odczuć takiej swobody ruchu, jak w produkcjach zachodnich. Mimo to jednak system walki oferuje na tyle rozwoju, że z czasem Kiryu potrafi budować coraz ciekawsze i dłuższe combo, blokować, unikać ciosów wroga, nawet kontrować.

Do dyspozycji gracza oddano Kamurocho, chyba fikcyjną dzielnicę Tokio, stosunkowo niedużą, ale w Yakuzie nie chodzi o rozmiar, a zawartość. Ta gra nie ma onieśmielać ogromem świata przedstawionego, ale przedstawić sprawnie dobrą mafijną historię, i robi to z powodzeniem. Wszędzie dostajemy się na piechotę, samochody są jedynie ozdobą, ewentualnie służą jako taksówka. Jest tu kilka klubów, nieco ukrytych miejsc rozrywki, parę salonów gier i tego typu atrakcje. To na przestrzeni tych dosłownie kilku przecznic rozgrywa się akcja, i chodzi tu zarówno o bijatykę, jak i o wydarzenia. I muszę powiedzieć, że opowieść o Kiryu jest świetna, i nawet mimo że pewne momenty są łatwe do przewidzenia, to wszystko, co dzieje się po drodze, z zadaniami dodatkowymi na czele powoduje, że Yakuza Kiwami opowieścią stoi.

Długo by opowiadać o dodatkowych zadaniach, ale szkoda je spojlerować. Dają ogrom radości, a japońskie podejście do kreacji zabawy wideo powoduje, że w jednej grze poznamy masę emocji, od tych prawdziwie dramatycznych, przez dziki wręcz śmiech, bo kto jak kto, ale Japończycy wiedzą jak się bawić i z czego się śmiać. A potrafią także sami z siebie, na szczęście.

No i mini gry. Samochodziki i gra w zbieranie kart z prawie nagimi kobietami, które potem walczą na arenie szczując kołyszącym się biustem… Bomba. Jest to gra, która zostaje na dysku po jej ukończeniu, bowiem mini gry są autentycznie wciągające i przyjemne same z siebie, nawet bez Yakuzy w tle.

Powstaje remake drugiej części. Na pewno kupię, chyba, że wcześniej kupię Yakuzę 0. Nie dam tej serii teraz spokoju.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Gry, PlayStation 4 i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.