Nawet nie chce mi się wymyślać tytułu, czyli o „Bestiach i ludziach” Jacka Piekary

Czego by o Jacku Piekarze nie mówić, opowiadanie zatytułowane „Ponury Milczek” zapewniło mu na stałe miejsce wśród pisarzy, którzy coś jednak do powiedzenia mają. Ba, przecież nawet pierwszym tomom sagi o inkwizytorze Madderdinie nie można wiele zarzucić, to kawałek dobrej, rozrywkowej literatury.

Szkoda, że z czasem to, co pisarz ma do powiedzenia stało się coraz bardziej monotematyczne. I nie mam na myśli poglądów autora, bo są jego sprawą, a nas nikt nie zmusza do lektury jego książek, niech więc sobie uważa jak lubi. Chodzi mi o szeroko rozumiany seks, którego nagromadzenie jest tak duże, że aż… męczące. I niestety do takich też pozycji zalicza się zbiór opowiadań zatytułowany „Bestie i ludzie”. Obiecuje wiele poprzez konfrontację człowieka z potworem, tym bardziej, że nie ma gorszych potworów, niż ludzie. Niestety jednak po pierwszych dwóch opowiadaniach, które są raczej ok, pisarz szybko wkracza w rejony ulubione, i zaczynamy czytać o seksie. Ja nie mówię, że to jest temat zły, pożądanie jest jak najbardziej dobrym motywem do opisania historii o potworze ukrytym w pełnym żądz człowieku. Ale jeden tego typu tekst by mi wystarczył. Tymczasem zawartość tego zbioru gdzieś po zaliczeniu 2/3 objętości przypomina, za przeproszeniem, mokry sen zdelkarowanego onanisty i opowiadań z czasem nawet nie chce się kończyć inaczej, niż na siłę.

Mam nadzieję, że zapowiadany na niebawem (wreszcie) drugi tom przygód bardzo młodego Madderdina („Płomień i krzyż”) będzie czymś więcej, że nawet Jacek Piekara się znuży wiecznym pisaniem tego samego.

Social Widgets powered by AB-WebLog.com.