Do licha, oto lektura, która zwala z nóg. Mimo, że jej nie zrozumiałem („Chochoły”)

Kiedy zacząłem lekturę “Chochołów”, po kilkunastu pierwszych obróceniach strony w czytniku miałem ogromną chęć odłożyć urządzenie i kupić papierową wersję książki. Ogarnęło mnie mocne przekonanie, że o to chodzi, że takie właśnie rzeczy warto mieć w druku, że będzie to jedna z coraz rzadszych powieści, dla których warto ścinać te wszystkie drzewa, lasy… I zdanie podtrzymuję, choć z zamiaru zrezygnowałem. Bo normalnie nie dałem rady zrozumieć tej książki. Jest tego wszystkiego zbyt wiele, dla mnie za dużo.

Powiedzieć o czym jest powieść nie potrafię. Poznajemy rodzinę Chochołów (takie nazwisko, jakby co), mieszkającą w Domu – interesującym pomyśle, cała rodzina w jednej kamienicy w Krakowie, część mieszkań wciąż wynajmowana przez ludzi spoza familii, wszak mamy za sobą takie czasy, jakie mamy. Poznajemy narratora – bohatera, jego Matkę, Ojca, najbliższych, całą sytuację. Szostak pisze powoli, słowa składa w zdania, które same w sobie, bez wnikania w treść, spowodowały, że chciałem to kupić w papierze. To jest Literatura przez prawdziwie duże L, to jest o wiele, wiele więcej niż jesteśmy przyzwyczajeni otrzymywać kupując ebooki i książki w dzisiejszych czasach.

Wraz z upływem kolejnych stron dowiadujemy się coraz więcej, i sam coraz bardziej traciłem kontakt z rzeczywistością w książce przedstawioną. Co jest rzeczywiste? Co nie jest? Czy wszystko jest wymysłem? Krótko mówiąc: o co chodzi? Początkowo kompletnie zatraciłem się w lekturze, ale im bliżej końca tym wyraźniej widziałem, że będę zawiedziony. Za trudne dla mnie. Czy to realizm magiczny mnie wykończył? Czy Kraków, Wyspiański, Chochoły? Nawet nie będę udawał, że dotarło do mnie cokolwiek. Zdążyłem wielu ludziom polecić książkę na fali początkowego zachwytu, i jak mówię: zdania nie zmieniam, sam jednak doświadczyłem nie tyle lektury, co starcia, które w dodatku przegrałem. Może spróbuję znowu za dwie dekady…

Social Widgets powered by AB-WebLog.com.