Powrót do Neshov. To już piąty raz („Kochankowie”)

Początkowo byłem przekonany, że opowieść o rodzinie z Neshov jest trylogią. Stąd tom czwarty przyjąłem z mieszanymi uczuciami, wydawał mi się zbyt pełen nadziei, zbyt radosny jak na klimat, jaki oryginalnie mnie porwał podczas lektury trzech pierwszych epizodów. A tu proszę: jest i tom piąty. I jakby pokazuje połączenie dwóch światów z poprzedników: jest miejsce zarówno na nadzieję, jak i na szlag prosto w twarz.

Dalsze losy bohaterów, których już znamy zawsze są ciekawe, o czym pisarze wiedzą, często kolejne tomy większych cyklów pisząc bez aż takiego zaangażowania, jakie wypada włożyć w rzecz zupełnie nową, dla czytelnika nieznaną. Z przyjemnością jednak muszę stwierdzić, że moim skromnym zdaniem tym razem Anne B. Ragde (w przeciwieństwie do “Zawsze jest przebaczenie”) tej zasady nie zastosowała, i to, co na nas czeka w historii Torunn, Tormuda, Margida, Erlanda i ich bliskich, będzie w stanie zwalić z nóg.

Senna atmosfera prostej historii o życiu i codzienności senną się jedynie zdaje, autorka znowu potrafi zrobić to, co już znamy i na co czekamy: opisać życie w taki sposób, by skłonić czytelnika do rozmyślań nad najróżniejszymi tematami, od tych banalnych do kwestii moralności i etyki. I gdy nagle Anne B. Ragde zrobi to, co już jej się robić zdarzało, trzaśnie głośno ręką w stół, to… ach, emocje są trudne do opisania. Wrażenie, jakie pozostaje w czytelniku po ukończeniu lektury jest wyjątkowe: nieprzyjemne, pełne niepokoju, a jednocześnie pełne szacunku do autorki za siłę jej ciosu i odwagę by tak czytelnika potraktować.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki, Powieść i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.