Wygląda jak Origins, ale to faktycznie inna, nowa gra! („Assassin’s Creed: Odyssey”)

Należę do tych graczy, którzy mieli już serdecznie dość kompletnie wyeksploatowanego systemu, jaki towarzyszył grom z serii Assassin’s Creed. Pewnie, fajnie się grało w trylogię Ezio, zmiana silnika w Assassin’s Creed III była mile widziana, ale szczerze mówiąc już na etapie Black Flag miałem dość. A co dopiero potem, Unity i Syndicate to jakaś masakra pod względem wtórności. Nigdy nie zapomnę, jak obiecywano, że Unity będzie trudniejsze. Bzdura, jedną ręką rozwalałem przeważające siły wroga: kontruj, kontruj, kontruj… Jak zatem łatwo się domyśleć, Assassin’s Creed: Origins powitałem z radością. Była to od dawna przeze mnie oczekiwana zmiana, wreszcie prawdziwa walka a nie zręcznościowa mini-gierka.

Po kolejnej odsłonie cyklu nie spodziewałem się zbyt wiele. Niby fajnie, że będzie morze – eksploracja wodna i walki między okrętami były tym, co pozwoliło mi ukończyć żenujące systemowo Black Flag. Nigdy bym się jednak nie spodziewał, że gra aż tak będzie się różnić pod względem sposobu walki od wydanego zaledwie rok wcześniej Origins. A jednak!

Assassin’s Creed: Odyssey to tytuł przygotowany wyraźnie tylko i wyłącznie do nieskrępowanej zabawy. Gra nawet nie próbuje udawać czegoś innego – oto produkt do spędzenia mnóstwa czasu na dającej całkiem sporo radości przygodzie. Twórcy zrezygnowali tu z wiecznego rozbudowywania bohatera pasywnie, co było tak charakterystyczne w Origins. Kasandra (lub Aleksios, ale w moim przypadku Kasandra) zdobywa liczne umiejętności aktywne, które niczym w takim chociażby Diablo podpisujemy pod odpowiedni przycisk i stosujemy w walce. I ta być może na papierze nieznaczna zmiana powoduje, że od Odyssey trudno się oderwać.

Walka jest tu czystą radością. Wciąż nie jest to poziom Wiedźmin 3: Dziki Gon, ale jest znowu bliżej do tej właśnie prawie absolutnej kontroli nad poczynaniami bohaterki i polem walki. Zabójstwa ciche, otwarte konflikty, możliwość walki dystansowej – oto najlepsza część serii, bez wątpienia, Origins królował zaledwie rok. Obojętnie czy przed sobą mamy niewielki obóz, czy ogromną warownię – będzie się działo, jaki gracz – taki styl, można zrobić naprawdę wiele. Umiejętności mają o wiele więcej sensu i dzięki nim można zbudować postać, która poradzi sobie w dosłownie każdej przewidzianej przez grę sytuacji.

Spartański kopniak (ileż to daje radości, gdy wykopać kolesia z urwiska), szarża, kombo uaktywniane R1 i R2 – to nadaje rytmowi walce, rytmowi, którego tak brakowało w Origins. Przyjemność daje zarówno udawanie Solid Snake’a, ale i wejście niczym Rambo w tłum żołnierzy, łowczyń, kultystów czy innych bandytów. Kontrola nad polem walki jest bliska ideału.

Co poza tym jest nowością w Odyssey, to rozmiar mapy. Pewnie, że Ubisoft jednoznacznie kojarzy się z tymi, którzy wiedzą jak zaprojektować ładny i ciekawy świat (ale nie daje rady w questach, co tu też widać), ale tak wielkiej mapy chyba jeszcze w tej firmie nie było. Grecja jest ogromna, wręcz można się poczuć przygniecionym niczym Atlas ilością lądu do zwiedzenia. To gra na długo. Sam grałem 140 godzin i jest to chyba najdłuższe pojedyncze przejście gry w mojej historii, nawet Skyrim do momentu pokonania tego smoka na A… (chyba był na A…, nie?) zajął mi mniej czasu.

I te 140 godzin było czasem spędzonym przyjemnie. Gra bowiem nie tylko wrzuca nas w sam środek Wojny Peloponezkiej, ale dodaje całkiem sporo rzeczy przedłużających zabawę. Oto okazuje się, że za częścią polityków pchających Ateny i Spartę do wojny stoi tajemniczy kult (tajemniczy kult w Assassin’s Creed? Ależ nowość!), i wypada odkryć wszystkich członków. I wyeliminować, rzecz jasna. Mocne zmiany też dotknęły najemników, którzy występowali już w Origins. Tu jest troszkę w stylu Shadow of Mordor, gdzie nowi najemnicy pojawiają się stale w miejsce tych już pokonanych, i prędzej czy później gracz pragnie zdobyć pierwsze miejsce najgroźniejszego spośród nich.

Sama historia tu opowiedziana pasuje do ogólnego kształtu zabawy. Kasandra nie jest naiwnym typem w stylu „od zera do bohatera”. Jest najemniczką, jej praca to niebezpieczeństwo, za które należy zapłacić. Nie jest naiwną młodą osobą, nie wierzy ślepo w idee, nie pragnie zemsty… No, może zemsty akurat pragnie, ale ten wątek rodzinny nie jest wątkiem głównym, a jedynie dodatkiem. Wątkiem głównym jest podróż Kasandry przez Grecję, udział w Wojnie Peloponezkiej, zdobywanie pieniędzy jako najemnik i odkrycie kim są Czciciele Kosmosa. Nie Kosmosu, jak słyszę wszędzie, ale Kosmosa – słowo Kosmos jest tutaj personifikowane.

No i najlepsze: gra nie jest łatwa. Oj, zdobywanie doświadczenia jest koniecznością, gra bowiem robi maszyny do zabijania z przeciwników zaledwie na dwóch poziomach wyżej niż Kasandra, więc naprawdę nie ma sensu wchodzić tam, gdzie wchodzić się nie powinno, co w grze przedstawione jest jasno.

I druga nowość: skalowanie. Nie jest tak, że wyskoczymy z Kasandrą do przodu, odskoczymy od oponentów zaawansowaniem postaci (jak Bayek w Origins). Wszystko dookoła rośnie wraz z bohaterką, więc kto jest na poziomach wyżej – ten zostaje na poziomach wyżej. Pozostali jednak dorównują Kasandrze poziomem do samego końca, zatem w moim przypadku nawet przeciętni żołnierze po 135 godzinach byli na 61 poziomie doświadczenia. W przeciwieństwie do gier z cyklu The Elder Scrolls tu jednak ma to sens, nie jest okupione głupotami w stylu legendarnych zbroi czy oręża oddanego zwykłym bandytom tylko po to, by ich level rósł. Zmiana ta spowodowała, że naprawdę długo istniało realne zagrożenie śmiercią i trzeba było uważać, co jest dla mnie w cyklu Assassin’s Creed nowością i miłym dodatkiem.

Gra nie ma końca. Owszem, można doprowadzić akcję do ważnej sceny z Laylą Hassan, z naszych czasów, którą poznaliśmy w Origins. Historia Layli jest daleka od zakończenia, ciąg dalszy nastąpi. I scena owa daje radę, daje radę totalnie. Jestem fanem wątku współczesnego w cyklu (wiem, rzadkość, ale ja lubię też Deanikena) i jestem zadowolony, czekam na więcej. Ponadto niejakim zakończeniem jest fabuła tocząca się dookoła rodziny Kasandry, ale o tym, że grę skończyłem dowiedziałem się z… maila, który wysłał do mnie Ubisoft Club. Filmiku i napisów na końcu nie będzie, to nie lata 90. Gra zaplanowana jest na ciągłą przygodę, która będzie rozbudowywana następnymi zadaniami. Wszystkich questów zrobić się nie da, są bowiem generowane losowo, co jest żenujące i co zarzuciłem po pierwszych paru godzinach zabawy. Lepiej skupić się na tych z wykrzyknikiem, które dodają coś do fabuły lub prowadzą do kolejnych, mniej lub bardziej ciekawych lokacji.

Podsumowując: gra wyszła w tym samym czasie co Red Dead Redemption 2. Tytułów porównywać nie można, choć oba mają wady, to jednak produkcja Rockstara wygrywa o kilka długości konia. Nie znaczy to jednak, że gra jest słaba, wręcz przeciwnie: to najlepszy Assassin’s Creed od czasów drugiej odsłony cyklu i w tym duchu oczekują następnych części. Gra jest totalnie warta swojej ceny, która – jak zwykle w przypadku gier Ubisoftu – i tak szybko leci w dół. Pewnie, że brak naprawdę dobrych zadań nieco psuje ten tak świetnie ukazany świat, ale mimo to gra daje sporo satysfakcji. Jest trochę jak słynny Skyrim: fabuła jest dopiero na drugim miejscu, a na pierwszym świat, wolność i to, co gracz zechce z tym światem i wolnością zrobić.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Gry, PlayStation 4 i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.